Kobieta Walcząca

Wpis

środa, 17 października 2018

Żal-post

Miało nie być żal-postów. Miało być ambitnie, przede wszystkim o literaturze, kinie i ewentualnie jakichś innych eventach albo absurdach życia codziennego. Ale będzie o mnie. Do bólu. Bo muszę się wyżalić. A moja przyjaciółka już ma dosyć moich jęków. Ja z kolei ciągle mam to w głowie, myśli się kotłują, nie pozwalają skupić na innych rzeczach. Ciągle analizuję. Przetrawiam. Może jak to spiszę, spojrzę na to wszystko trzeźwym okiem, to mi się poprawi.

Zakończyłam ostatnio ośmioletni związek. Chociaż to źle powiedziane. Trafniej, jeśli powiem, że został zakończony ośmioletni związek. A najbardziej w punkt będzie, gdy napiszę: zostawił mnie facet, po ośmiu latach.

Osiem lat to szmat czasu. I trudno go streścić w kilku słowach. Poznaliśmy się jeszcze na studiach jako dwudziestoletni gówniarze. A za chwilę stuknie nam trzydziestka. Mieliśmy różne momenty, jak w każdym związku. Lepsze i te gorsze.

Zaczęło się psuć, kiedy zaczęliśmy planować wspólne mieszkanie. Tak, chyba wtedy. On, nazwijmy go roboczo S., miał, w sumie ciągle ma, kawalerkę. Ale ta kawalerka po pierwsze jest na drugim końcu miasta, skąd dojazd do centrum zajmuje przynajmniej godzinę, po drugie była kupowana na szybko, na studia i raczej nie jest przystosowana do długotrwałego mieszkania — m.in. nie posiada pralki i piekarnika, no i została przez S. dość mocno zaniedbana: koty latające po podłodze, syf pod prysznicem, kuchenka błagająca o zdarcie z niej skorup gotowanych na niej do tej pory posiłków, wszędzie pełno porozrzucanych rzeczy, kurz liczony w metrach sześciennych.

Gwoli ścisłości, muszę jeszcze dodać, że pracujemy razem, w tej samej firmie…

No i ode mnie, a mieszkam z rodzicami, do pracy mamy, tj. mieliśmy, dziesięć minut samochodem. Jako leń patentowany (sic!), pierwszej kategorii, powiedziałam, że primo: w chlewie mieszkać nie będę (na co usłyszałam, że przecież jestem kobietą, więc mogłabym posprzątać; nieważne, że nigdy w tym mieszkaniu nie mieszkałam), secundo: nie będę dojeżdżać do pracy godzinę, bo to i czas, i paliwo się marnuje.

S. poczuł się mężczyzną i wymyślił, że rodzice powinni nam kupić mieszkanie. Świetny pomysł, wręcz genialny w swej prostocie! Problem polegał na tym, że moi rodzice nie dysponują gotówką. Mają nieruchomości w postaci działek pod miastem, ale gotówki już nie. Nic to dla S. Wymyślił, że zarobi na wkład moich rodziców we wspólne mieszkanie. Wzruszyłam ramionami. Nie miałam problemu, żeby powiedzieć jak wygląda sytuacja moich rodziców, ale S. bał się swoich. Jako ludzie z małej miejscowości mają swój dość szczególny światopogląd… (chociażby witanie nas za każdym razem słowami: Boże, jacy wy jesteście grubi! Owszem, chudzinkami nie jesteśmy, ale mamy całą masę innych zalet.)

No i się zaczęło. S. poszedł do drugiej pracy. Najpierw to były cztery dyżury w miesiącu, potem osiem, dziesięć, piętnaście. Osiągnęliśmy taki etap, że prawie się nie widywaliśmy. Gdyby nie to, że razem pracowaliśmy, nie widywalibyśmy się w ogóle. Miałam chłopaka, faceta, a jakbym go nie miała. Wiecznie sama. A on, jeśli już był, to zmęczony. Wielki pan, z pretensjami, że jak już do mnie wpada, to nie umiem mu ugotować obiadu. Że mam pretensje, że skarpetki to trzeba wrzucić do kosza z brudną bielizną, a nie zostawić na środku pokoju. Że wymyślam jakieś imprezy, spotkania ze znajomymi, kina i teatry, a on chciałby w spokoju posiedzieć w domu, bo jest zmęczony. Że on (sic!) pracuje dla mnie! Że moja praca w biurze to jest gówno-praca w porównaniu z jego dyżurami w DPS-ie. Że ja zarabiam jakieś gówno-pieniądze. Że po co mi kolejne studia (bo w międzyczasie poszłam na studia zaoczne). Że i tak nie zdam żadnego egzaminu zawodowego np. na radcę prawnego, bo nie jestem dość inteligentna. Że w pracy się ze mnie śmieją, że poszłam na studia. Że powinniśmy myśleć o dziecku. Etc., etc.

Ożywiał się tylko na hasło „pieniądze”. O tym mógł mówić bez końca. Ile to on miesięcznie zarabia. Ile udało mu się odłożyć. Ile uda mu się odłożyć przez kolejny rok.

W międzyczasie zaczęło mu siadać zdrowie. Wątroba, nadciśnienie, zmiany zwyrodnieniowe w kościach. Nie miał czasu iść do lekarza. Szedł, kiedy ja go zaciągnęłam na siłę.

Samochód. To był kolejny punkt zapalny. Ja jeżdżę. Ba! Robię to nawet z wielką chęcią. Uwielbiam prowadzić. Sprawia mi to frajdę. On, co najwyżej mógł być moim pasażerem. Kierowania boi się jak ognia. Wszystko fajnie, ale to jednak jest nieprzyjemnie obciążające, kiedy wie się, że jest się jedynym kierowcą. S. nie jest z miasta, jest z małej mieściny, do której trzeba dojechać około sześćdziesięciu kilometrów. I to zawsze ja prowadziłam. Ok… Lubię to. Ale, pomimo że pracuję tylko w jednej pracy, bywam zmęczona, chora, śpiąca. I czasem też chciałabym, żeby ktoś się o mnie zatroszczył. Żeby to ktoś inny prowadził. Żebym nie musiała zawsze być w pełnej gotowości, uważna i skupiona.

Koniec maja, początek czerwca to był dla mnie straszny czas. W pracy chcieli mnie zajechać. Wiem, że zgodnie z powszechnym stereotypem, kiedy ktoś pracuje w biurze, to przez większość czasu nie robi nic i pije kawę, ale ja akurat mam takie szczęście, że się w ten wzorzec nie wpisuję. Piszę całkiem nieźle, a na standardy urzędowe wręcz świetnie, więc robota się mnie ima jak mało kogo. Było wtedy sporo różnych rzeczy do napisania, wszystko terminowe. Jakby tego było mało na studiach trwała sesja. Pięć przedmiotów całorocznych do zaliczenia. Studia nie byle jakie, bo prawo. Jasne, że na zaocznych przerabia się mniej materiału niż na dziennych, ale dzienni, co do zasady nie pracują czterdzieści godzin w tygodniu. A mój chłopak, wspierający mnie przeogromnie, rzucał mi teksty w stylu:

-I tak nie zdasz.

-Ale po co ty się tego uczysz?

-Za stara na to jesteś.

-Nawet jak skończysz studia, to i tak nie zdasz egzaminu zawodowego.

-Nie jesteś dostatecznie mądra.

Szlag mnie trafiał. Była złość. Były łzy. Na dodatek przyłaził do mnie w pracy i wdawał się w tego typu retorykę. Prosiłam, groziłam.

-Muszę pracować, S., nie będę z tobą teraz rozmawiać.

-Nie będziesz ze mną rozmawiać? To ja zrobię tak, że za chwilę nie będziesz miała, gdzie pracować, bo wyrzucą nas oboje.

Zmroziło mnie. Bo ja, o czym może wam jeszcze opowiem kiedyś, lubię moją pracę. Lubię dłubać w przepisach. Lubię pisać. Poza tym, bez mojej pracy, studia straciłyby sens. Zażądałam separacji, przerwy, czasowego zerwania — nie zgodził się, zagroził, że mnie zniszczy w pracy. Ugięłam się.

Wiecie, jaki był jeszcze problem z S.? Już od dłuższego czasu, chyba od momentu, kiedy poszedł do drugiej pracy, zawsze kiedy rozmawialiśmy, mówił tylko o sobie. Nie pytał, co u mnie, jak mi minął dzień. Opowiadał swój. Ze szczegółami. W końcu nauczyłam się już tego nie słuchać. Co mnie interesuje życie osobiste Kasi, Basi czy innej Zuzi z jego pracy, skoro nawet tych kobiet nie znam?

Przez całe wakacje, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało, próbowaliśmy nasz związek skleić. W atmosferze wzajemnych pretensji i kłótni, w których męskie przyrodzenia i najstarsza profesja świata ścieliły się gęstym kobiercem. Oczywiście, że mogłam pochylić głowę i powiedzieć, że będę mu pokornie przynosiła papcie, kiedy będzie wracał z pracy. ALE! Znam swoją wartość. Też potrzebowałam i wciąż potrzebuję docenienia. Moja praca też jest ważna. Czerwona lampka albo raczej syrena alarmowa powinna mi się zapalić, kiedy odpinając jego telefon od ładowarki i podpinając mój, zauważyłam, że po pierwsze: ktoś do niego napisał na badoo, po drugie: mając dziewczynę, zainstalował sobie badoo. Ale nie chciałam wyjść na zazdrośnicę. Nie skomentowałam. Udałam, że nie wiem. Choć on chyba się domyślił, że ja wiem, bo nie rozstawał się z telefonem. Nawet, kiedy szedł pod prysznic, czy do kibla.

Ale do puenty, choć naświetlenie pokrótce tego całego tła, było ważne.

Mieliśmy jechać na grilla do koleżanki z pracy. Za miasto około trzydziestu kilometrów. Powiedziałam, że możemy jechać, ale ja nie prowadzę.

-Jak to ty nie prowadzisz?!

-Udostępnię ci samochód, możesz ty prowadzić.

-Ale ja nie siedziałem za kółkiem od sześciu lat.

-S., to nie mój problem. Skoro nie chcesz prowadzić to znajdź inny sposób.

-?!?!

-Możemy jechać taksówką.

-Dobrze, ale składamy się po połowie.

-Dlaczego mamy się składać po połowie?

-Bo ja nie będę za ciebie płacił.

-Ale przecież zawsze powtarzasz, że pracujesz dla mnie, dlaczego nie możesz zapłacić. Ja robię i robiłam dla ciebie mnóstwo rzeczy (Jako ta „pisząca” nie raz pisałam mu CV, listy motywacyjne, poprawiałam przez całą noc magisterkę, żeby przeszła przez antyplagiat, bo kiedy on ją napisał to nie przeszła; uczyłam jego matkę korzystać z worda, robiłam jej prezentacje i jakieś inne pierdoły; woziłam jego i jego rodziców; wielokrotnie robiłam za nawigację, bo jego rodzice nie znają za dobrze miasta, i wiele, wiele innych…).

-Bo nie po to pracuję, żeby tobie nie chciało się jechać.

-Nie chcę prowadzić, bo nie będę mogła się napić.

-Nawet, gdybym prowadził, to i tak ty musisz prowadzić, bo to zawsze facet pije na imprezach, a kobieta prowadzi.

-?!?!?!

-W takim razie, to koniec.

-Więc wyp***dalaj z mojego samochodu!

Na imprezę oczywiście poszłam. Na osiem obecnych par, samochód prowadziło ośmiu facetów… W życiu się tak kiepsko nie bawiłam, nawet nie mogłam się upić.

Po paru dniach zaczęliśmy pisać. (S. uwielbiał, odkąd pamiętam, załatwiać rozmaite sprawy przez smsy. Rozmowa zawsze go przerastała, ale smsy to był jego sposób porozumiewania się.) W połowie września mieliśmy zrobić u mnie na działce jego urodzinowego grilla. Chciałam raz na zawsze ustalić, czy grill się odbędzie, czy nie, tym bardziej, że goście byli już zaproszeni.

-Tak, zróbmy tego grilla, a potem się ostatecznie rozstaniemy.

Wzruszyłam ramionami. Przez te wszystkie lata przywykłam do różnych kryzysów. Były i mijały.

Organizacja imprezy w całości spadła na mnie. Ustaliliśmy, że to będzie mój prezent dla niego. Impreza się udała, zrobiłam nawet wytrawny tort, bo S. nie lubi słodyczy. Byliśmy wcześniej na zakupach, pomagałam (jak zawsze, odkąd zaczęliśmy ze sobą chodzić) mu wybrać nowe spodnie, koszule. Powinno było mnie to zaskoczyć, że ktoś, komu generalnie jest wszystko jedno, co ma na sobie (bo ludzie grubi — tak, oboje mamy nadmiar ciałka, nie powinni się ładnie ubierać, bo we wszystkim wyglądają tak samo beznadziejnie, właśnie dlatego że są grubi), nagle się stroi. Ale pomyślałam, że to może dla mnie… Tym bardziej, że w przymierzalni zafundował mi całkiem przyjemne obmacywanko. W niedzielę po grillu mieliśmy świetny seks. Powiedział mi wtedy, że wiele może mi zarzucić, ale w łóżku jestem rewelacyjna i że nawet jeżeli się rozstaniemy (sic!) to on chce się ze mną co jakiś czas umawiać na seks. Czerwona lampka? Syrena alarmowa? NIE. Skończona kretynka. Cieszyłam się, że po tylu latach i po tylu niemiłych słowach wreszcie powiedział mi jakiś komplement. No bo która kobieta nie chciałaby usłyszeć, że jest świetna w łóżku?

W poniedziałek po grillu mieliśmy się spotkać, ale mi nie pasowało. Ustaliliśmy: środa. Wychodzę z roboty, jestem w głównym hollu, czekam, wreszcie dzwonię.

-Gdzie jesteś?

-W pracy?

-Ale jak to? Przecież mieliśmy się spotkać.

-Spotkać? Ale po co?

-Porozmawiać?

-Słucham.

-Ale nie przez telefon.

-O czym chcesz rozmawiać?

Zatkało mnie.

-Mam dla ciebie dobrą radę. Weź mojego laptopa (jego ojciec kupił go na studia, które S. rozpoczął razem ze mną, ale z których zrezygnował) i mój internet (od trzech miesięcy prosiłam go, żeby kupił jakiś internet na działkę, wreszcie powiedziałam, że nie interesuje mnie jak to zrobi, może go nawet wysrać, ale internet ma jutro działać) i załóż sobie jakieś konto na portalu randkowym.

Skamieniałam. Zamarłam. Do domu dojechałam na jakimś automatycznym pilocie.

I tak oto S. mnie zostawił. Zrobił to, do czego mnie zabrakło jaj.

Było trudno. Bolało kurewsko.

I nagle w piątek, tak ten piątek, dwunastego października, a więc w miesiąc po grillu, po seksie, po zakupach, opublikował post na fb, który zobaczyłam w sobotę tuż przed zajęciami: w związku z W. Niecały kurwa miesiąc od rozstania ze mną… Zabolało. Brak mi słów, żeby opisać jak bardzo. Ledwo wysiedziałam na zajęciach. Moje notatki — dno. Ciągle myśli uciekały mi gdzie indziej. I bach, niedziela, wchodzę na fb. Kolejny post. Gołąbeczki. A on w koszuli, którą OSOBIŚCIE mu wybrałam. Uśmiechnięty. Ona przytulona do niego…

Wiecie, zarówno ja, jak i S., nigdy nie byliśmy facebookowi. Nie wrzucaliśmy dużo postów. Jeśli łącznie mieliśmy z dwadzieścia postów w ciągu roku, to był naprawdę ambitny wynik.

A tu nagle, bach. Dwa dni i dwa posty pod rząd.

Wiecie, co mnie zabolało? Że pracujemy w jednej firmie. I mamy wspólnych znajomych z pracy. I jeszcze jedno: te wszystkie koleżaneczki, które mu te posty polubiły i skomentowały, życząc szczęścia.

Nie powiedziałam wam o S. jeszcze jednej rzeczy. Ładnie to ujęła moja koleżanka z pokoju, która zna nas oboje. S. to pleciuga. Męska plotkara. Zawsze musiał wiedzieć wszystko o każdym. Kto z kim jest, kto ma ile dzieci, kto ma męża, kto nie ma, kto ma dodatkową pracę, kto ma działkę, kto mieszka w bloku, a kto ma dom z ogródkiem, itp., itd.

Znów zamarłam na długą chwilę. Bo skoro one mu to lubią, gratulują, życzą szczęścia to znaczy, ze to ja jestem ostatnią skończoną suką i zołzą. To znaczy, że obrobił mi dupę. Że zniszczył mnie w pracy. Już nie będą na mnie patrzeć przez pryzmat tego, jak pracuję, jak piszę. Teraz za plecami będą komentować moje życie osobiste…

Nigdy więcej nie będę z facetem, z którym pracuję. Nigdy więcej nie zatrudnię się w tej samej firmie, w której pracować będzie mój facet.

Niby mam tych wszystkich ludzi w głębokim poważaniu, ale to boli. Boli brak szacunku po tych ośmiu wspólnych latach. Boli, że zostałam potraktowana jak szmata. Boli, bo wciąż z tyłu głowy mam jego słowa: Masz paskudny charakter, nie jesteś ładna, zostaniesz starą panną, mającą za towarzysza co najwyżej kota. Chociaż i to nie, bo jesteś alergiczką. Nikt cię nie zechce. Nikt z tobą nie wytrzyma. Jesteś gruba i brzydka.

I tłumaczę sobie, że to nie prawda. Ale rozum swoje, serce swoje.

Dzisiaj wrzucił kolejnego posta. Pojechał z nią w góry. Byliśmy razem osiem lat. W zeszłe wakacje po raz pierwszy wyjechaliśmy wspólnie na wakacje. Na niecały tydzień, bo musiał wracać do pracy. Jest mi przykro. Chce mi się wyć do księżyca. Mam ochotę rzygnąć, kiedy „życzliwe” koleżanki pytają, co u mnie słychać.

-*uj was to obchodzi!!!

A jeśli S. ma rację i już nikt, nigdy mnie nie pokocha…?

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
elizabeth_gaskell
Czas publikacji:
środa, 17 października 2018 20:11

Polecane wpisy