Kobieta Walcząca

Wpisy

  • niedziela, 10 marca 2019
  • poniedziałek, 07 stycznia 2019
    • "Wieczerza" Tatiany Jachyry

      Nie będę się przed wami krygowała. Jak każda kobieta jestem romantyczką. Nie zaprzeczajcie kochane panie, że wy to nie. Nie i nie. Nawet jeżeli wydaje wam się, że nie, to zapewniam was, że w skrytości ducha tak, oj, tak. Marzymy o mitycznym księciu na białym rumaku. Ot, wychowane na opowieściach o Kopciuszku, Śpiącej Królewnie i innych tym podobnych marzymy o tym jedynym, wyjątkowym, tym, który będzie nas nosił na rękach. Oczywiście rzeczywistość weryfikuje te plany, nieraz brutalnie (wiem, co mówię!), ale dzięki Bogu, marzeń nie jest nam w stanie odebrać nikt.

       

      Jako zodiakalna Ryba wyobraźnię mam wyjątkowo wybujałą, co czasem nastręcza mi więcej kłopotów niż pożytków. Na fali tego, że ostatnio pęd był straszny, pisałam wam o tym zresztą, udało mi się powściągnąć wodzy wyobraźni. Ale z kolei kilka dni wolnych, po tym jak już ogarnęłam sprawy najpilniejsze, dało asumpt ku temu by sięgnąć po jakąś książkę i na powrót odpłynąć w świat marzeń.

       

      Musicie wiedzieć, że mam swoją prywatną klasyfikację książek. I w ramach niej romansidła wrzucam do wora z napisem chłam. Czemu? Ponieważ niestety literacko zwykle nie mają wiele do zaoferowania. Fabuła jest przewidywalna, bohaterowie papierowi, czas i miejsce zdarzeń pozostawiają sporo do życzenia, język jest prosty, środki wyrazu miałkie i nie trzeba używać za dużo intelektu, żeby przeczytać każdą kolejną stronę. Inna sprawa, że im więcej tego typu literatury czytam, łącznie z tzw. klasyką literatury kobiecej czyli siostrami Bronte, Jane Austen i Elizabeth Gaskell chociażby, widzę, że wrzucanie wszystkich współczesnych autorek tego typu powieści do jednego wora jest dla niektórych z nich głęboko krzywdzące, bo zdarzają się książki perełki, które słusznie zasłużyły na miano bestsellera. Nie mówię o Greyu, bo jego fenomenu nie zrozumiem chyba nigdy, ale chociażby o autorze o pseudonimie Vina Jackson. Kiedyś być może zrealizuję mój zamiar jeszcze z czasów studiów i napiszę porządny esej z jednej strony o tym, dlaczego sympatią darzę siostry Bronte a Jane Austen szczerą niechęcią, a z drugiej o kondycji współczesnej literatury dla kobiet. Ale tego typu tekst, gdybym go chciała napisać profesjonalnie, wymagałby ode mnie godzin spędzonych w bibliotece, na które oczywiście nie mam aktualnie czasu, ale wciąż o nim pamiętam i kiedyś go zrealizuję.

       

      Czemu czytam coś, co sama określam jakże wdzięcznym hasłem chłam? Być może odpowiedź nasunęła wam się sama i brzmi ona tak: ta dziewczyna jest niezaprzeczalnie głupia. Tak. Zapewne jestem. Co prawda, człowiek powinien dążyć do samodoskonalenia (i tu wstawcie sobie nazwisko dowolnego filozofa, no chociażby Platona), ale jest też z natury swej istotą złą (to już Tomasz Hobbes) i bywa, że zdaje się na przypadkowość istnienia (chociażby Albert Camus, choć tak do końca za filozofa się go nie uważa). A teraz przedstawię moją filozofię: kiedy naczytam się w robocie spraw różnych, nieszczęśliwych i tragicznych w swej treści, bo z innymi ludzie do nas nie przychodzą; kiedy jadąc gdzieś samochodem nie mogę się opędzić od wiadomości, które szczególnie od momentu, kiedy do władzy doszła partia rządząca, tchną nadmiernym hurraoptymizmem, a tak naprawdę żerują na nieuctwie i głupocie większości społeczeństwa; kiedy spotykam codziennie na swej drodze ludzi gnębionych różnego rodzaju problemami to kiedy wreszcie wrócę do domu, zrobię sobie kubek gorącej herbaty albo naleję lampkę wina mam ochotę się odprężyć, zrelaksować. I przy całej mojej sympatii dla wielkich twórców, odkładam ich na później. Na bieżąco potrzebuję czegoś lekkiego.

       

      Czemu ten wstęp miał służyć? Plan jest taki, że przestanę was wreszcie zadręczać historyjkami z mojego życia, a skupię się właśnie na szeroko pojętej kulturze. I musiałam wam wytłumaczyć dlaczego nie zaczniemy z wysokiego C.

       

      W szale paru nadprogramowych dni wolnych pochłonęłam kilka historii miłosnych. Zawsze mam zapas tego swego rodzaju antidotum na codzienne problemy. Paradoksalnie jednak ten wpis nie będzie o kolejnym romansie.

       

      Wpadła w me ręce kupiona na wyprzedażach za jakieś śmieszne grosze książka Tatiany Jachyry (wg mnie tak odmienia się to nazwisko) pt. „Wieczerza”. Jakoś tak z przymrużeniem oka przeczytałam opis z okładki, że jest to „Najbardziej bulwersująca i skandalizująca książka ostatnich lat”. Książka zaczyna się od prologu Dawida, w którym z niezwykłą fascynacją obserwuje on swoją sąsiadkę, kobietę bez wątpienia piękną i interesującą. Kolejno czytelnik powoli wprowadzany jest w meandry tej i równoległej historii.

       

      Z jednej strony mamy Dawida, niezwykle przystojnego lekarza ginekologa, któremu wpada w oko jedna z pacjentek. Pacjenta jest o tyle postacią ciekawą, że właśnie przeprowadziła się za swoim partnerem do Warszawy, której nie zna i nie darzy nadmierną sympatią, a przy okazji dowiedziała się, że jest w ciąży. Zarówno ona, jak i jej partner są z zawodu fotografami, on przede wszystkim wyjeżdża w różne niebezpieczne rejony świata. Ona pracuje na miejscu, ze względu jednak na przeprowadzkę i ciążę zmuszona jest zwolnić. Nie ma w stolicy znajomych, koleżanek, jest sama. Dawid wyciąga do niej pomocną dłoń. Wydaje się, że z czystej ludzkiej życzliwości zaczyna jej pomagać. Już podczas pierwszej wizyty odkrył, że Joanna wprowadziła się do kamienicy naprzeciwko niego.

       

      Z drugiej strony mamy tancerkę w klubie go-go, Yasmine. Jest piękną, niezależną, pewną siebie kobietą. Ma zasadę, zgodnie z którą nie umawia się z klientami. Jeden z nich jest jednak niezwykle uparty. I twierdzi, że darzy ją czymś więcej niż przelotnym zauroczeniem. A ona powoli przestaje być obojętna na jego działania.

       

      Oczywiście początek książki, atmosfera mroku, napięcia powinny dać mi do myślenia. Że to nie to, co czytywałam ostatnio. Że tu być może happy end’u nie będzie. Mając jednak z tyłu głowy wszystkie te szczęśliwe historie, w których mroczny Grey zmienia się pod wpływem kochającej partnerki Anastazji w kochającego męża, widziałam już swoje zakończenie powieści Jachyry. Joanna porzuca swojego partnera, dla którego to praca i jak najlepsze zdjęcia są sensem życia i wiąże się z młodym, przystojnym, dobrze się zapowiadającym ginekologiem Dawidem. Natomiast, Yasmine porzuca pracę tancerki, wiąże się ze swoim wielbicielem i żyją długo i szczęśliwe. Ładna wizja? Dla mnie była bardzo prawdopodobna. Miałam jeszcze trzecią wersję wydarzeń: Dawid spotka się w jakichś niespodziewanych okolicznościach z Yasmine i to oni stworzą szczęśliwą parę. Jakże bardzo się myliłam! Napędzana wewnętrznym przymusem dowiedzenia się tego, jak te historie potoczą się naprawdę, czytałam dalej.

       

      Uwaga, będzie spoiler, więc kto chce na własnej skórze dowiedzieć się, co wydarzyło się dalej, niech nie czyta.

       

      Są powody, dla których książka ta, z pozoru zwyczajna, niewyróżniająca się niczym szczególnym, tak mocno utkwiła w mojej pamięci.

       

      Dawid okazał się socjopatą, molestowanym seksualnie w dzieciństwie. Pragnął Joanny, ale na swoich wynaturzonych warunkach. Porwał ją i uwięził w swoim mieszkaniu. Kiedy ta próbowała popełnić samobójstwo, dokonał cesarskiego cięcia i zaserwował jej potrawę z własnego dziecka. Obrzydliwe? Będzie gorzej.


      Romans Yasmine z tajemniczym nieznajomym — Tomaszem, kwitł. I już fakt, że wreszcie wymogła na nim, żeby zaprosił ją do siebie do domu, a on zaprosił ją na plebanię, powinien być szokujący. Nie był jednak postawieniem kropki nad i. Wychowana przez fanatyczną matkę katoliczkę miała zostać wysłana, po osiągnięciu odpowiedniego wieku, do klasztoru. Zanim jednak to miało nastąpić, matka zaprowadziła ją do kościoła i oddała pod skrzydła młodego, charyzmatycznego księdza Tomasza. Bardzo szybko Magdalena poza miłością bożą poczuła też miłość do swego opiekuna. Okazało się, że ksiądz również nie pozostawał obojętny na wdzięki młodej dziewczyny. I ta historia wciąż miała szanse na dobre zakończenie. Jakkolwiek duchowni zobligowani są do przestrzegania ślubów czystości, to jednak myślę, że wielu wybaczyłoby tym dwojgu, gdyby połączyła ich prawdziwa miłość. Pamiętajmy bowiem, że człowiek jest tylko człowiekiem i nie zawsze ma siłę by walczyć i wygrywać z własnymi popędami. Wydaje się jednak, że autorka celowo pcha tę historię jeszcze w innym kierunku. Otóż, ksiądz Tomasz najzwyczajniej w świecie gwałci swoją protegowaną. I jakby nie dość tego, zostawia ją w ciąży. W małej miejscowości, w której ma miejsce cała ta sytuacja, Magdalena nie jest ofiarą. Jest winną. Nie przyznaje się nikomu, że to ksiądz ją zgwałcił. Wszyscy wierzą, że dokonali tego jacyś przypadkowi mężczyźni — oczywiście ksiądz zadbał o dobre alibi. I padają niestety tak bardzo mocno utrwalone w naszej kulturze słowa, że została zgwałcona, bo sama się o to prosiła, bo zachowała się na pewno nieobyczajnie, bo… Bo gwałt to zawsze wina kobiety, prawda?

       

      Ksiądz Tomasz w całej swej pysze, spotykając dziesięć lat później Magdalenę alias Yasmine, myśli, że ta go nie poznała. Tym razem stara się z nią stworzyć nieco bardziej trwały związek. Nie traktuje jej jak małej piętnastoletniej dziewczynki, widzi, że jest już kobietą. I tym razem fabuła toczy się w sposób zaskakujący. Yasmine zaczyna grać w grę księdza. Rozpoznała go. Nie od razu, ale jednak. I postanowiła się zemścić. Dość powiedzieć, że skazała go na śmierć głodową. Opisy są mocne. Przejmujące.

       

      „Wieczerza” porusza tematy ważne, kontrowersyjne. Primo, jest problem molestowania dzieci. Przy okazji widać, że instytucje państwowe zawodzą, bo dzieci są pozostawione same sobie. Ktoś powinien był przeprowadzić sesje terapeutyczne z małym Dawidem. Ktoś powinien był pochylić się nad dorastającą Magdaleną. Nic takie nie nastąpiło. Dzieci dorosły. Jak to się mówi, wyszły na ludzi — ginekolog, nie lada zawód; tancerka go-go może brzmi gorzej, ale zarabia przyzwoite pieniądze i nie jest przecież prostytutką. A jednak ci młodzi (mają po trzydzieści parę lat) ludzie jedynie z pozoru byli zdrowi. Przez cały czas toczyła ich wewnętrzna choroba. Wydaje mi się, że stokroć gorsza niż jakieś fizyczne niedoskonałości czy przypadłości.

       

      Secundo, poruszony został problem archetypu matki. Jako tej, która nie zawsze zapewnia swojemu dziecku to, co najlepsze. Czytelnik przekonuje się, że matka nie musi być tylko mityczną matką Polką, poświęcającą się dla innych. Kochającą, dobrą, ckliwą, stawiającą potrzeby innych ponad swoje własne. Matka może być też egoistycznym potworem, nieczułym na potrzeby innych, w tym własnych dzieci. Czy gdyby mały Dawid nie był gwałcony przez partnera matki na jej oczach wykreowałby inny obraz ojca i matki? Z przekonaniem, mówię, że tak. Czy gdyby matka Magdaleny nie myślała tylko o sobie, swoich potrzebach i interesach to cała sytuacja z księdzem Tomaszem, mogłaby po prostu nie zaistnieć. Bardzo prawdopodobne.

       

      Tertio, szeroko pojęty Kościół. Z jednej strony ksiądz nieprzestrzegający celibatu. Sprowadzający owieczkę na złą drogę. Ksiądz-psychopata widzący w sobie Boga i twierdzący, że w akcie seksualnym właśnie Bóg się objawia. Ksiądz nierozumiejący, że to, co zrobił było złe. Ksiądz niemający wyrzutów sumienia. Z drugiej strony, matka-dewotka. Tak bardzo zapatrzona w wykreowany przez siebie obraz Boga, że bycie gorliwą katoliczką przesłoniło jej zdrowy ogląd świata. W imię własnych wyobrażeń poświęciła własne dziecko.

       

      Poza tym, mamy kwestię gwałtu i postrzegania go przez społeczeństwo, o czym wspomniałam powyżej. Można do tego dorzucić jeszcze kwestię funkcjonowania jednostki w wielkim mieście. Z mojego podwórka, skuteczność pracy służb mundurowych. Joanna miała tak mało znajomych w stolicy. Czyż nie można było wnikliwie sprawdzić wszystkich z nich? Włącznie ze wzbudzającym zaufanie ginekologiem? Ponadto, kwestia zbrodni i kary. Tomasz ukarany słusznie? A gdzie chrześcijańskie miłosierdzie? Chociaż o jakim miłosierdziu mówimy, mając chociażby na uwadze wojny religijne albo krucjaty….

       

      Książka nie pozostawiła mnie obojętną. Kazała na chwilę zastanowić się nad moim wrodzonym optymizmem. To, że za dużo mielę ozorem to jedno. To, że może się to zwrócić przeciwko mnie, to drugie. Ufamy przecież naszym lekarzom, czyż nie? Okazuje się, iż zagrożenie może czaić się wszędzie. Nawet w najmniej spodziewanym miejscu. Zasada ograniczonego zaufania — dobrze jest się nią kierować w życiu. I do tego ten obraz Kościoła. Bardzo chciałabym wierzyć, że to tylko wynaturzona wyobraźnia autorki, ale zewsząd docierają przekazy medialne informujące o jeszcze gorszych poczynaniach księży. Jak w tej sytuacji iść do Kościoła na niedzielną mszę i wysłuchiwać kazania? A jeżeli ten, który grzmi z ambony sam nie potrafi być dobrym człowiekiem, to jakim prawem mówi mi jak mam się zachowywać?

       

      I tak mam wciąż z tyłu głowy te wszystkie wątpliwości. To nie są kwestie rozstrzygalne raz na zawsze. To są kwestie, nad którymi trzeba się pochylać na bieżąco. Nie można o nich zapominać. Ani tym bardziej ich ignorować i zamiatać pod dywan.

       

      Jak widać w najmniej spodziewanym miejscu i czasie można znaleźć coś, co poruszy nas do głębi.


      Cholera, a jutro idę do lekarza...

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      elizabeth_gaskell
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 stycznia 2019 19:34
    • 2019!

      Święta, Święta i po Świętach, a nawet już po Nowym Roku. Zmożona chorobą dopiero pojutrze wracam do pracy, więc powiedzmy, że miałam dłuższą niż zazwyczaj przerwę świąteczną. I szczerze wam powiem, że bardzo mi z tym dobrze. Wreszcie się wyspałam. Przeczytałam kilka książek, a nie kilka stron tej samej od trzech miesięcy książki. Nawet obejrzałam parę filmów. I co najważniejsze, przestały śnić mi się po nocach sprawy, które muszę ogarnąć w robocie. Zabrakło może w tym wszystkim czasu na nowy post albo nawet dwa, ale nie można mieć wszystkiego i trzeba cieszyć się z tego, co jest.

       

      Jak wam upłynęły Święta? Już dawno nie napiekłam się tyle, co pod koniec zeszłego roku. Najpierw do pracy. Na Mikołajki. Na wigilię. Na prezenty dla bliższych i dalszych znajomych. I oczywiście na Święta do domu.

       

      Zaczęłam od pierników. Nie wyobrażam sobie Bożego Narodzenia bez nich. Uwielbiam korzenne przyprawy. Cynamon, imbir, goździki. Przyprawę do pierników zwykle robię sama albo poprawiam tę kupną. Miałam swego czasu ulubione sklepy, jeden był z produktami kolonialnymi, drugi z przyprawami. Lubiłam kupować w nich przyprawy właśnie. Miały cudowny aromat. Niestety, realia rynku są takie, że małe sklepiki zniknęły. Zostałam skazana na firmową masówkę z hipermarketu. Właśnie dlatego zaczęłam kupować poszczególne przyprawy i mieszać je według własnego uznania. Moje pierniczki są naprawdę pyszne. Aromatyczne. Kiedy zagniotę ciasto, rozwałkuję je i zaczynam wycinać różnego rodzaju kształty to czuję, że Gwiazda jest tuż, tuż. Potem szybciutko na blachę i do piekarnika. Uff. Upiekłam trzy różne rodzaje pierniczków. A później dekorowanie. Najładniej po zastygnięciu wygląda lukier cukierniczy, czyli na bazie piany z białek. Choć z kolei ten na bazie soku z cytryny daje ciekawy posmak w połączeniu z korzennymi przyprawami.

       

      Później na warsztat poszły drożdżowe rogaliki z nadzieniem orzechowym. Same rogaliki nie są jakieś bardzo pracochłonne. Najwięcej czasu zajmuje czekanie aż wyrośnie ciasto. Raz. Drugi. Trzeci. Ale uwierzcie — było warto. Wyszły pyszne.

       

      Następnie była tarta cytrynowa z kremem mandarynkowym z mascarpone i babeczki orzechowo-bakaliowe. To na wigilię do pracy.

       

      Tuż przed finiszem — piernikowe Mikołaje. Mam specjalne foremki do ciasta w kształcie Mikołajów, więc z wielką chęcią je wykorzystałam. Nie pytajcie, ile czasu zajęło mi udekorowanie lukrem i posypkami dwunastu Mikołajów…

       

      Zwieńczeniem wypieków świątecznych była rolada orzechowa, keks i tarta makowa. Szczególnie tarta wyszła palce lizać. Chociaż ja jestem nieobiektywna, nie tylko dlatego, że sama ją piekłam, ale również dlatego, że mak mogę jeść o każdej porze i w każdej ilości. Do tej pory pamiętam, kiedy mama na urodziny piekła mi tort makowy. Mniam. Niestety, teraz już nie chce piec, twierdząc, iż trudno będzie jej mnie przebić. Gadanie! Po prostu jej się nie chce.

       

      Co do zasady, nie gotuję. Nie umiem. Próbowałam się nauczyć, ale brakuje mi do tego talentu. Na słodko jestem w stanie przyrządzić wiele różnych deserów, niekoniecznie z użyciem przepisu, ale na wytrawnie nic. Pustka. Dopiero od niedawna zaczęłam się przekonywać do pichcenia. Zmuszona okolicznościami. Będąc na działce miałam do wyboru: umrzeć z głodu (hmm… kiepski pomysł), jeść półprodukty lub produkty gotowe (yhm. Świetny pomysł. Szczególnie jeśli ktoś ma permanentnie problem z nadprogramowymi kilogramami) lub po prostu zakasać rękawy i zacząć robić coś prostego i jak najmniej przetworzonego. Dzięki temu opanowałam kilka podstawowych, zjadliwych dań. I tak na przykład ryba z ziołami w folii z piekarnika jest świetna. Na grillu też wychodzi. I na patelni, w wodzie. Robi się sama, a czas przygotowania to jakieś pięć minut, nie wliczając zapiekania. Równe atrakcyjne są dania jednogarowe. Kasza z warzywami chociażby. I tym sposobem doszłam do kotlecików z indyka ze szpinakiem. Zrobiłam je sobie przed świętami do pracy i, o dziwo, stwierdzono u mnie w domu, że nie tylko są jadalne, ale nawet dobre. Więc na święta przygotowałam jeszcze pasztet indyczo-szpinakowy. Swoją drogą zupełnie nie rozumiem szerzącej się powszechnie w społeczeństwie awersji do szpinaku. De facto jest to roślina bezsmakowa. Słusznie się o niej mówi: trawiasta. I jedynie przyprawy decydują o jej smaku. Dlatego lubię zielony mech. Wystarczy trochę cukru i mamy słodkie ciasto ze szpinakiem. Pyszny jest też szpinak z fetą odpowiednio doprawiony pieprzem cayenne. Mniam.

       

      Usiadłam do wigilijnej kolacji urobiona po łokcie, bo przecież jeszcze gdzieś w tym całym szaleństwie trzeba było pracować, sprzątać, kupować prezenty i robić inne istotne rzeczy, na przykład referat na studia o metodach przeliczania głosów w poszczególnych systemach wyborczych. I wiecie, kiedy człowiek czuje, że jego praca nie poszła na marne i odwalił kawał dobrej roboty? Kiedy kolega po polibudzie wychwytuje w waszej prezentacji błąd rachunkowy, bo to znaczy, że was słucha! I kiedy koleżanka po zajęciach podchodzi do was i mówi, że wasza prezentacja była tak ciekawa, że nawet ona jako cytuję kompletny tłumok matematyczny była w stanie zrozumieć o co w waszym referacie chodziło. I po takich bezinteresownych słowach innych ludzi człowiek dostaje skrzydeł. Przynajmniej ja dostaję.

       

      Wróćmy jednak do jedzenia. Bo jedzenie i spotkania z innymi ludźmi to kwintesencja człowieczeństwa.

       

      Nie wyobrażam sobie wigilii bez zupy grzybowej. Zresztą, zupę tę mogłabym jeść w każdych ilościach i o każdej porze. Nie żyje już niestety moja kochana babcia, bo miałam z nią taki układ, że kiedy wracałam do domu po jakiejś dłuższej nieobecności, np. po koloniach, to wiedziałam, iż chociaż będzie środek upalnego lata to na mnie i tak będzie czekała moja ukochana zupa. Moja mama już taka dobra dla mnie nie jest. Zupa grzybowa to danie wigilijne i na wigilii będzie. Ech. Dobre i to.

       

      Cóż więcej? Pozostańmy w zupach. Barszcz czerwony. Ze specjalnego przepisu. Takiego, który wymaga dużo więcej pracy niż barszcz codzienny, dlatego jest gotowany jedynie raz w roku. Ma niesamowity rubinowy kolor. I ten smak. Słodko-ostry. Doskonale wyważony.

       

      Nie może być Gwiazdki bez karpia. Nie i już. Nie żadne łososie, tuńczyki, dorsze i inne zarazy. Karp. Pokrojony w tzw. dzwonki. Z korzennymi (sic!) przyprawami. Smażony na oleju. Tak, smażony. Bo nie można się odchudzać nawet w święta.

       

      Oczywiście śledzie. W każdej ilości i w każdej postaci, może z wyjątkiem tych w śmietanie.

       

      Muszę oddać sprawiedliwość mojej rodzicielce, że od paru lat ma przepis na całkiem smaczny kompot z suszu.

       

      Natomiast zdecydowanie nie jestem fanką kapusty. Czy to z grochem, czy to bigosu. Ani kaczki. Nadziewanej. Nienadziewanej też nie.

       

      Nie był to jednak koniec mojego pichcenia w starym roku. Był przecież jeszcze Sylwester. Plan pierwotny zakładał, że idę pod prysznic, zakładam wygodny dresik, biorę książkę, butelkę wina, czekam do północy, oglądam fajerwerki i idę spać. Warto mieć jednak znajomych. Bo znajomi się o mnie zatroszczyli i ustalili, że co jak co, ale powyższa opcja nie wchodzi w grę. Nie i już.

       

      Na dwa dni przed Sylwestrem mieliśmy ekipę. Nie mieliśmy lokalu. Znajomi znajomych zaproponowali swój segment. Brzmiało super. Ode mnie niedaleko. Dojazd jednym autobusem. Od razu postanowiłam, że nie będę niczyim kierowcą, nawet własnym. Na półtora dnia przed imprezą dzwoni do mnie znajoma: słuchaj, a ten sylwester to nie mógłby się odbyć u ciebie? Bo pokłóciłam się z organizatorką i nie chcę do niej iść. I tak o trzeciej w sylwester skończyłam robić tartę z tuńczykiem, zawijasy z ciasta francuskiego i babeczki bakaliowe. Kisze to moje nowe odkrycie kulinarne! Myślę, że wciągnę je na krótką listę potraw, które umiem przyrządzić nie zabijając przy okazji nikogo. Ale za to impreza była przednia! Mówię wam, nauczona doświadczeniem, nic tak dobrze nie robi człowiekowi jak kontakt z drugim inteligentnym człowiekiem.

       

      Weszłam w nowy rok bez faceta, z gównopłatną, ale w sumie satysfakcjonującą pracą, ze znajomymi, na których mogę polegać, z pakietem książek do przeczytania, filmów do obejrzenia i marzeniami, do których spełnienia będę dążyć. Życzę wam wszystkiego najlepszego na ten już trwający 2019 rok. Zdrowia. Szczęścia. Spełnienia marzeń. Znajomych, którzy was nie zostawią w biedzie. I uśmiechu. Dużo uśmiechu.

       

      (Postanowienie noworoczne? Zacząć pisać recenzje książek i filmów. Mam już pewien pomysł. Dam wam znać, kiedy się ostatecznie wyklaruje.)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      elizabeth_gaskell
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 stycznia 2019 01:09
  • piątek, 07 grudnia 2018
    • Pechowa. W niedoczasie.

      I prawie stuknął mi miesiąc od ostatniego posta. Jak mówi moja koleżanka, z którą chodzę na basen: dno muliste i bąbelki. Chcąc nie myśleć, nie analizować, nie przeżywać i nie użalać się nad sobą, ruszyłam śmiało, żeby nie powiedzieć: z przytupem, do przodu. Lubię czasem popłakać, bo to oczyszcza (mentalnie i fizycznie), ale nie lubię bezmyślnej bezczynności i zbyt długiego płakania nad rozlanym mlekiem. Trzeba wziąć ścierę i to mleko sprzątnąć albo przynajmniej spróbować to zrobić. Zyskawszy olbrzymie pokłady wolnego czasu, zagospodarowałam go w sposób maksymalny, a może nawet trochę ponad normę.

       

      W robocie urwanie głowy. Ciągle coś i ciągle coś na już. Po robocie trzy razy w tygodniu aqua-areobic. Przez tę (tfu!) kostkę nie mogę chodzić na żadne inne zajęcia. Boli cholera niemożebnie i puchnie przy nadmiernym wysiłku. Buty na obcasach ironicznie zerkają na mnie z szafy. Bardzo mnie ucieszył black friday w tym roku, bo kupiłam sobie całkiem ładne trapery. Przegląd butów, jaki poczyniłam po jesieni, ujawnił, że tylko dwie pary kozaków mam płaskie. Cała reszta to szpilki wyższe bądź niższe. Tak więc kostka sobie ze mnie kpi, a ja kpię z niej, ignorując ból, jaki generuje. Ale do meritum. Basen. Dwa razy w tygodniu angielski. Bo uświadomiłam sobie, że jeśli nie zatrzymam procesu cofania się w rozwoju to za chwilę poza zwrotami: hi, how are you?, what’s your name?, my name is…, I live in… niewiele będę potrafiła powiedzieć i zrozumieć. W weekendy studia.

       

      W tak zwanym międzyczasie staram się uczyć, ogarniać notatki, materiały, referaty i inne pierdoły na studia, pisać (ha, ha! Widać jak bardzo jestem efektywna), dbać o linię (basen swoją drogą a słodycze podjadane gdzie-bądź i kiedy-bądź swoją drogą) i oczywiście utrzymywać jako takie kontakty towarzyskie. Bywa trudno, męcząco i hardcorowo, ale staram się dać radę. I ostatnio te wszystkie okoliczności sprawiły, że co i rusz przytrafiają mi się jakieś fak upy (jak mawia moja koleżanka z pracy).

       

      Na drugie imię powinnam mieć Pechowa a na nazwisko W niedoczasie.

       

      Niedziela. Zajęcia na godzinę dziesiątą. O dziewiątej czterdzieści pięć wybiegam z domu. Lecę do samochodu. Jadę. Taką tam zwykłą osiedlową uliczką. Jedzie samochód z naprzeciwka, a za nim drugi. Ten pierwszy skręca w swoje prawo, a ten drugi osioł (doceńcie eufemizm) zamiast przyhamować i poczekać aż tamten skręci, wyprzedzał. Cały tragizm tej sytuacji polegał na tym, że to wszystko rozegrało się na pasie z naprzeciwka, kiedy ja akurat mijałam te samochody. Wcisnęłam hamulec na maksa, postawiłam samochód dęba (cud, że za mną nikt nie jechał, bo na bank wjechałby w moją piękną błękitną dupkę), przepuściłam idiotę. Nie wymagajcie ode mnie znajomości fizyki (na pewno jakiś umysł ścisły wyrysowałby na to piękny wzór i omówił przy okazji działanie siły odśrodkowej czy Bóg wie jakiej innej), ale to na pewno jej prawa zadziałały, kiedy moja karta wjazdowa na parking pod uczelnią (umieszczona w takiej małej przegródce w desce rozdzielczej) pięknym łukiem (w odpowiedzi na nagłe hamowanie) wystrzeliła gdzieś w samochód. Wiem. Myślicie pewnie, że jestem nienormalna, bo nie wiem gdzie spadła. Tyle rzeczy działo się jednocześnie, iż nie byłam w stanie podzielić równomiernie mojej uwagi. Uszczęśliwiona, że uniknęłam stłuczki (choć byłaby nie z mojej winy) dostrzegłam tylko lot, uważając miejsce lądowania za mało istotne. Kiedy jednak zatrzymałam się na światłach i zaczęłam rozglądać za kartą przyszło mi do głowy, że może jednak takie rzeczy się zdarzają i… rozpłynęła się w powietrzu. Tym bardziej, iż niesforna karta już wielokrotnie nie potrafiła spokojnie usiedzieć na swoim karcianym tyłku (albo może nie podobało jej się mieszkanko w przegródce) i lądowała gdzie bądź: na wycieraczce, siedzeniu, obok ręcznego. Tym razem odmówiła współpracy. Wiedząc, że nie mam jak wjechać na parking pod wydziałem, objechałam budynek dookoła i zaparkowałam pod innym wydziałem, którego plac okalający sąsiaduje z naszym. Moje szczęście sięgnęło zenitu, kiedy o godzinie za pięć dziesiąta znalazłam miejsce do parkowania. Powinnam była wcisnąć się tyłem, bo jednak parkowanie równoległe najefektywniejsze jest, kiedy wjeżdża się dupką, ale przecież spieszyło mi się, więc zaparkowałam na raz przodem. Zupełnie zignorowałam fakt, że wjechałam przy okazji w krzaki i udałam, że nie słyszę złowrogiego skrzypienia ścieranego lakieru. Wysiadłam. Złapałam torbę, laptopa i lecę. Kątem oka zarejestrowałam, że w prawym przednim kole mam za mało powietrza, ale przecież zajęcia rzecz święta. Zapomniałam dodać, że jeszcze tego dnia, nie mogąc wytrzymać z niecierpliwości i w ogóle nie kierując się rozsądkiem, założyłam koturny. Nie zważam na ból, lecę. Dobiegam do furtki. Szarpię. Zamknięte. No, żeż, złośliwość rzeczy martwych. Ten skrót zawsze był otwarty. Ale jak pech to pech. Wracam do samochodu. Patrzę krytycznie na to koło. Flak. Może nie zupełny, ale jednak flak. Z westchnieniem sięgam po telefon, piszę do kolegi: zrób notatki, Henio. O.K. zyskałam przynajmniej godzinę czasu (bo pani profesor robi w trakcie przerwę), podjadę na stację. Jadę na najbliższą. Jeszcze mnie tu nie było. Wjeżdżam nieśmiało i nerwowo rozglądam się w poszukiwaniu kompresora. Nie ma. Robię drugą rundkę dookoła stacji. Noż nie ma. Staję na środku jak ta blondynka, patrzę dookoła i myślę: Co teraz? Myślę i rozglądam się profilaktycznie. Zaraz, zaraz, a za tym samochodem co jest. Mrużę oczy (krótkowidz przecież jestem), podjeżdżam bliżej. Kompresor! Zastawiony taksówką! Zabijam pana taksówkarza wzrokiem. Uprzejmie odjeżdża. Podjeżdżam ja. Zadowolona. Pięć minut i będzie gotowe. Wysiadam. Patrzę i oczom nie wierzę. Kompresor elektroniczny. To ja ze zwykłym nie mogę się dogadać, a co dopiero z takim. Patrzę krytycznie na koło, na kompresor, jeszcze raz na koło. Nie ma opcji, muszę dopompować. Odkręcam zawór, biorę wężyk, podpinam, czytam instrukcję, włączam. Coś tam buczy, coś tam jęczy, chyba działa. Patrzę na moje koło. Flak większy niż był. Teraz to samochód stoi na feldze. Klikam różne opcje, łącznie z pompowaniem od początku. Buczy, warczy, powietrza w kole jak nie było, tak nie ma. I znów, klikam, włączam. W końcu sięgam po telefon. Dzwonię do ojca, bo ja nawet (wstyd się przyznać) nie wiem, jakie powinnam mieć ciśnienie w oponach. Mówię mu, tłumaczę sytuację, telekonferencja pełną gębą. Tylko kątem oka zerkam na tankujących, którzy z politowaniem gapią się na moje poczynania. A kij wam w oko, myślę, któryś by pomógł, a nie tylko się głupio śmiejecie. Zdesperowana, już prawie się z ojcem rozłączyłam, gotowa iść na stację po obsługę, ale wtem podchodzi do mnie pan: potrzebuje pani pomocy? Przecież pan mi z nieba spadł. Tak. Mówię a raczej wrzeszczę. Podszedł do koła odpiął wężyk, kliknął coś na kompresorze, podpiął wężyk z powrotem, włączył ustrojstwo. Znowu zaczęło buczeć i warczeć. Patrzę i serce mi rośnie razem z oponą. O Boże! Bardzo panu dziękuję – wrzeszczę jak jakaś oponofanka. To nic trudnego. Najpierw musi pani ustalić wartość ciśnienia, do jakiej chce pani napompować koło, potem zapiąć wentyl, włączyć kompresor i poczekać aż piknie. To znaczy, że już napompował. Taa… Banalne, prawda? Wszystko, łącznie z rozmową ze mną, zajęło mu może z trzydzieści sekund. Cała zadowolona jadę pod wydział (w międzyczasie wygrzebałam kartę parkingową. Wpadła pod mój fotel. Musiałam go odsunąć, żeby ją wyjąć), parkuję, wysiadam. Przy okazji obejrzałam mój zderzak. Przerysowany na całej długości, przez całą szerokość. Porysowany jak… jak… jak… nie wiem co. Widać z kilometra, co zrobiłam w głupim swoim pośpiechu. Kiwam ręką na to. Teraz nie naprawię. A rozczulanie i wściekanie się na siebie nic mi nie da. Idę na wydział. Do szatni. Oddaję kurtkę. Idę do łazienki. Korzystam. Podciągając rajstopy (nówki sztuki rano założyłam) tak nieumiejętnie wbijam paznokieć, że robię piękne oczko. Rajstopy czarne. Kiecka do kolan. Buty krótkie. Widać z odległości stu tysięcy mil morskich, że mam oczko. Może pojadę do domu skoro to nie jest mój dzień? Rozważam całkiem na poważnie powrót do domu i nagle olśnienie! Nie włożyłam plakietki parkingowej za szybę. Mamy taki durny wymóg, że żeby parkować pod wydziałem, oprócz karty do szlabana, trzeba za szybą umieszczać plakietkę z numerem studenta. Cholera! Nie wyjęłam jej. Za jej brak, mogą odholować samochód. Czyli jeszcze raz. Szatnia. Schody. Parking. Samochód. Otworzyć. Wyjąć plakietkę. Umieścić. Wrócić na wydział. Schody. Szatnia. Kawa! Kawa koniecznie. Idę do automatu. Jakiś chłopak stoi przed nim i stoi, i stoi… Chyba się zaciął. Bo czekam już dłuższą chwilę i niby ciągle robi mi kawę, ale w ogóle tego nie widać, ani nie słychać. Wybucham śmiechem. Paranoicznym. Patrzy się na mnie dziwnie. Pyta, czy wszystko w porządku. Tak, tak. W najlepszym. Po prostu mam dzisiaj swój własny prywatny piątek trzynastego. Wreszcie automat wypluł mu tę kawę. Moją na szczęście też. Tego samego dnia jeszcze zrobiłam symetryczne oczko na drugiej nodze…

       

      A wiecie, kiedy człowiek jest bardzo zmęczony? Kiedy zasypia na angielskim podczas listeningu. W pracy, czytając akta. Albo pisząc posta na bloga. I kiedy na proste pytanie native spikera odpowiada tak:

      -Ev, how is your surname?

      -I don’t have a surname.

      Koleżanka siedząca obok mnie: Nie masz nazwiska?

      Kurtyna. Bo czasem nie mam też mózgu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      elizabeth_gaskell
      Czas publikacji:
      piątek, 07 grudnia 2018 23:54
  • środa, 14 listopada 2018
    • 11 listopada w Toruniu

      I znowu was zaniedbuję. Wiecie, co jest w tym najgorsze? Że mam całkiem sporo pomysłów dotyczących tego, o czym chciałabym napisać. Na przykład świetnie myśli mi się i wymyśla teksty, jadąc samochodem. Jedyny problem wtedy polega na tym, że nie mogę jednocześnie prowadzić i pisać. Marzy mi się taka maszyna, którą podpięłabym do głowy i słowa same zaczęłyby się pisać na komputerze. Wiem, że są jakieś mądre programy jak voice recorder czy coś w tym stylu (mam w pracy, raz w życiu korzystałam), ale są wysoce niedoskonałe, robią mnóstwo błędów, części słów nie wychwytują. Inna sprawa, że gdyby ktoś stworzył urządzenie umożliwiające bezpośredni przesył myśli na „papier” to za chwilę na pewno wybuchłaby trzecia wojna światowa. Cofam więc swoje życzenie...

       

      Pojechałam w weekend do Torunia. Dlaczego tam? Poznałam chłopaka. Nie, nie. Nic z tych rzeczy. Kolega, kumpel. Okazało się, że nadajemy na podobnych falach. Książkowo. Filmowo. Muzycznie. Myślałam, że robi sobie ze mnie żarty, kiedy oznajmił, iż nie ma matury i zabiera się jak pies do jeża, żeby ją zdać. Nie wierzyłam, bo jest naprawdę szalenie inteligentny, oczytany i bystry. Zawsze miałam takie pozytywistyczne zapędy niesienia kaganka oświaty i pomagania innym. Kiedy więc zapytał z czego zdawałam maturę i czy nie mam jakichś niepotrzebnych książek, od razu zaczęłam sprawdzać. I znalazłam. Rzadko bardzo wyrzucam książki. Jeśli już to oddaję dalej. Sprawdziliśmy nasze plany (bo on matura, a ja studia) i wypadło, że weekend około jedenastego listopada mamy oboje wolny. Czyli spotkanie.

       

      Wymyśliłam, że pojadę w piątek, dzięki czemu w sobotę będę mogła skoro świt pobiec na miasto, zobaczyć, zwiedzić, zdjęcia porobić. Czym jechać? Koleżanka-wariatka, z którą siedzę w pracy, rekomenduje: blablacar. Myślę: czemu nie. Szukam przejazdów, rezerwuję. Piszę do chłopaka/faceta (34 lata), że będę mieć małą walizkę (bo te książki i bo ja sroczka) i czy nie ma problemu. Nie ma, najmniejszego. Jedziemy. Tak, zgarnę cię ze skrzyżowania.

       

      Siedzę w piątek po pracy w pracy i czekam. Miał mnie zgarnąć o 18.30, więc zdążyłam zjeść na spokojnie i zęby umyć, i make-up poprawić, i walizkę przepakować. All incluzive, po prostu. O 18.20 wylazłam z firmy. Idę. Stoję i czekam. Pięć minut, dziesięć. Niedaleko jest galeria handlowa. Wlazłam. Poszłam do epmiku. Wieki mnie tam nie było. Sprawdziłam, jakie szmatławce są aktualnie w top dziesięć. Kto w ogóle robi zakupy w empiku? Ale to już temat na innego posta.

       

      Na zegarku prawie dziewiętnasta. Dzwonię do niego.

      -Hej, bo ja czekam. Miałeś być. Aaa… Będziesz? Dasz znać, kiedy będziesz dojeżdżał? Opóźnienie? A, nie. Ok, ok. To czekam.

       

      I czekam, i czekam. Dwie godziny później wściekła jak cholera dzwoniłam do gnojka znowu. To już nawet nie raczył odebrać. Osiągnęłam stan wkurzenia, histerycznego śmiechu i gorzkich łez. Ostatnio permanentnie mam pecha do ludzi. Chociaż to może po prostu kwestia mojego podłego charakteru? Mój były wielokrotnie mi powtarzał, że nikt nie będzie w stanie ze mną wytrzymać, bo mam taki paskudny charakter. Może po prostu karma do mnie wraca?

       

      Byłam w tak paskudnym nastroju, że nawet menele uciekali przede mną w popłochu. A facet w autobusie aż się cofnął, kiedy na niego spojrzałam.

       

      Bywam emocjonalna, ale też trzeźwo myśląca. Pierwsza rozsądna myśl: muszę znaleźć transport na sobotę. Znów sprawdzam blablacar. Hmm… W piątek już nic sensownego nie było. A imiona pisane cyrylicą odrzuciłam na wstępie. Nie, nie jestem uprzedzona. Do innych nacji, ani do Rosjan. Ale skoro nawet Polak mnie wystawił, to jak ja się dogadam z obcokrajowcem? I to jeszcze o północy. A jak mnie wyrzuci na jakimś wygwizdowie? Nie, nie. Odrzuciłam tę ofertę. Na drugie imię mam przecież Pechowa.

       

      Ale. Godzina siódma trzydzieści wyjazd. Przyjazd do Torunia o dziesiątej. Idealnie! Rezerwuję. Budzik nastawiam na piątą. Nie potwierdził rezerwacji. O tempora, o mores!

       

      Nie poddaję się. Piszę do innego. Wyjeżdża o dziesiątej. Na miejscu około dwunastej. Brzmi nieźle. Ale wiedziona doświadczeniem, sprawdzam inne połączenia. PKS-y. Najwcześniejszy wyjeżdża o siedemnastej. Za późno. Fleksibusy. Nie jadą w ogóle. Pociągi. Pięć godzin. Serio? I za ile? Prawie sześćdziesiąt złotych? Wreszcie, mam! Pociąg. O dziesiątej. Na miejscu o trzynastej trzydzieści. Koszt: dwadzieścia siedem złotych. Uff. Znalazłam alternatywę dla blabla. Jadąc na dworzec, odświeżam niecierpliwie stronę (plus podróżowania MPK). W końcu za piętnaście dziesiąta odpisał. Poślizg ma. O nie, mój drogi. Poślizg to ja mam od wczoraj. Machnęłam ręką. Nie dla mnie blablacar. Poszłam na pociąg.

       

      Dobrze, że mój gospodarz powiedział mi, w co mam wsiąść, żeby z dworca dojechać na stare miasto, gdzie wykupiłam sobie nocleg, bo sama miałam kłopot, żeby z dworca się wydostać. Nie jestem jakaś bystra z geografii, topografii, czytania map — fakt, ale oznaczenia są dość miałkie, żeby nie powiedzieć żadne. Na szczęście dziecko internetu, uzbrojone w telefon, GPS, nawigację, mapę — po prostu wszystko, co było dostępne on-line, wreszcie znalazło swój nocleg i zakotwiczyło w pokoju.

       

      Po krótkim prysznicu (mmm… uwielbiam ciepłą wodę) wybyłam na miasto. Gdzieś tam miałam się spotkać z moim niedoszłym maturzystą. Nie łudziłam się, że mnie odbierze z dworca, choć ja pewnie bym pojechała po mojego gościa na dworzec, ale ja jestem czasem staroświecka i nadmiernie odpowiedzialna. Miałam za to nadzieję, że pokaże mi miasto. Kto jak nie autochton? Ponieważ jednak moje wiadomości pozostały bez odzewu poszłam sama. Ja sobie nie poradzę? Oczywiście, że sobie poradzę. Gdzie najpierw? Na co mi mapa. Idę, gdzie oczy poniosą. Nad Wisłę. Wije się. Szeroka. Bulwar Filadelfijski mógłby się stać codziennym miejscem moich spacerów. Strzeliłam parę fotek. Błękit nieba powoli różowiał, szarzał, by zginąć w ciemnobrunatnych odmętach smętnie płynącej wody. Ciemnopomarańczowe mury górują nad ulicą i rzeką. Idę. A dookoła same parki. Złośliwy los. Trzymają się za łapki. Miziają. Kiziają. Szepcą. Śmieją. Rozmawiają. Wkurzona, co chwila przyspieszam, chcąc wyminąć, lub zwalniam, chcąc nie nadepnąć. Zgrzytam zębami. Nie, nie żałuję tego barana, z którym się rozstałam. Po prostu boję się, że już nie znajdę nikogo, kto mnie złapie za łapkę, przytuli, szepnie coś na uszko. Bo ani ze mnie jakaś miss, ani charakteru do rany przyłóż też nie mam.

       

      Wreszcie zadzwonił. Zaspał. Ale! Już się zbiera. Będzie. Za pół godziny. Godzinę. Półtorej. Kiedy już wiślany chłód poczułam aż w kościach, zawróciłam do miasta. Ci ludzie cholerni! Zaczęłam snuć historie kryminalne. Gdyby tak zwłoki wyłowić w Wiśle. I ten ktoś zabiłby tego kogoś w tamtych chęchach, to potem mógłby uciekać tędy. I przemykać tamtymi podcieniami.

       

      Znalazłam w końcu sklep. Niedziela niehandlowa. Święto! Poniedziałek — święto! Zakupy. Uciekłam ze sklepu równie szybko jak do niego weszłam. Nie dość, że mały, to jeszcze ludzie jakby wścieklizny dostali. Na dwa dni zakupy, jakby co najmniej koniec świata się zbliżał.

       

      Wróciłam do siebie. Wreszcie pisze: jadę. Poprawiam tusz na rzęsach. Dzwoni. A figa z makiem. Teraz ty poczekasz na mnie. Nakładam szminkę.

       

      Wreszcie. Wyszliśmy. Mama mieszka na starym mieście. Książki jej odniesie. Dobrze. Przecież wiem, jakie są ciężkie. Poszedł. I zniknął. Czekam. I czekam. Chodzę. Na uliczkach zrobiło się spokojniej. Wreszcie mogę podziwiać ich spokojny urok. Mury. Szkoda, że nie potrafią mówić, bo chętnie wysłuchałabym ich historii. Mijam Kopernika. Raz. Drugi. Trzeci. Dzwonię do przyjaciółki. Ile można czekać?

       

      Wracam do siebie.

       

      Znajduje mnie.

       

      Idziemy do pubu. Siadamy. Gadamy. Narysuje mi mój portret. Co? Ale nie chcę. Krępuję się. Gapi się. Gadam trzy po trzy, bo się denerwuję przecież. Zdjęć nie lubię, a co dopiero pozowania komuś do portretu. Zresztą, chyba zupełnie obcemu komuś jest łatwiej pozować niż komuś, kto cię zna. A domorosły psycholog z niego całkiem niezły jest. Mam lustro. Wiem, jak wyglądam. Zawsze, kiedy ktoś się gapi, zastanawiam się, czy to dlatego, że aż tak bardzo rozmazał mi się makijaż czy może on też jest po prostu pod wrażeniem mojej brzydoty.

       

      Odprowadził mnie pod same drzwi. Stoimy. Gadamy. Każę mu się uczyć. Wraca pozytywistka. Robię wykład umoralniający. Że w tych czasach, że bez matury, że bla, bla, bla. Powiedziała ta, co właśnie robi trzecie studia. Buahaha. Gadam. Przytulamy się na pożegnanie. I nagle on mnie całuje w usta. NO, NIE. Nie. I nie. Bo niby dlaczego? Z litości? Żadnej chemii między nami nie było. Kolega. Tylko kolega. Pogadaliśmy jeszcze chwilę. Pewnie powinnam była jakoś bardziej radykalnie zareagować niż nerwowo oblizać usta. Ale byłam w takim szoku, że jakoś przeszłam nad tym do porządku dziennego.

       

      Tak, tak, napisz, o której masz pociąg. Przyjadę.

       

      Ledwo zwlokłam zwłoki w niedzielę z łóżka. Tym bardziej, że pogoda: szaro, buro i ponuro, nie zachęcała do wyściubiania nosa z domu. Rozliczyłam się z pokoju i mając prawie cztery godziny do pociągu, poszłam na miasto.

       

      Ludzie, ludzie, ludzie. Wszędzie. Parki. Całe rodziny. Wielopokoleniowe. Aha. Jedenasty listopada. Pochód obrazujący historię oręża polskiego pozwolił mi zabić co najmniej godzinę czasu. Oczywiście uwieczniłam w telefonie mym przystojnych panów (ułanów?) na koniach.

       

      Ładny ten Toruń. Ale jednak stare miasto jest odrobinę klaustrofobiczne. Pewnie powinnam była pozwiedzać jakieś muzea, zamek. Przeszkadzali mi tylko ludzie. Własna głowa. I myśli, których nie mogłam wyłączyć.

       

      Na prawdę, kiedy ktoś do was przyjeżdża z innego miasta, to macie go w nosie? Zostawiacie samemu sobie? Mnie tak mamusia nie wychowywała.

       

      Wydałam bajońską sumę na pierniki. Dla rodziców. I wróciłam do domu.

       

      Pecha mam okropnego do ludzi ostatnio. A może jednak to po prostu ta karma? Były twierdził, że jestem największą egoistką, jaką znał… Więc teraz wraca, franca.

       

      A mój gospodarz, po tym, jak mi napisał, kiedy już od dawna siedziałam w domu, że mu przykro, że tak wyszło, na co mu wygarnęłam wszystko, co mi leżało na wątrobie, zamilkł na dobre. Ale ma to również dobrą stronę: wreszcie znalazłam czas, żeby napisać.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      elizabeth_gaskell
      Czas publikacji:
      środa, 14 listopada 2018 22:02